Od wczoraj zmagałem się z migreną. Nie ukoił jej wiatr płynący przez uchylone szyby w aucie, pospiesznie zjedzony posiłek, ani nawet niespokojny sen. Zniknął w połączeniu dwóch składników zupełnie zdałoby się do siebie niepodobnych – czarnej parzonej kawy z kroplą mleka bez cukru – oraz wspomnienia doskonałości obrazów Gustava Klimta, w której zanurzyliśmy się nie tak dawno przecież, by popłynąć w tym złocie….
KLIMTEM POPŁYNIEMY
zanurzenie w powodzi złocistych poblasków
hołdu składanego kobiecemu pięknu
wbrew wiekom przemijania
– wciąż nieprzebrzmiałemu
gdy przerasta ram obrazów
granicy bezwieczność
i spalonych tryptyków pamięć niedościgła
fryzów kształty na ścianach
drzewa życia kręgów
wnikające przez skóry umowną graniczność
twórcę i odbiorcę łącząc
w piękna jedność
– a my żeglujemy w nieśmiertelny Klimta żar
kiedy świat jest nie teatrem – ale operetką
w której zaśpiew i fałszywy
nagrodzą oklaski
dla aktorów ogólnie niezorientowanych
w fabule komicznie
tragicznie niepoważnej
wtedy w świetle przejrzystym Klimtem popłyniemy
niczym łodzią w ocean
wielkiej złocistości
z Adele Bloch Bauer tak jak ci kochankowie
w pocałunku zamknięci
spełnieniem miłości
MP, 15.04.2025 r.
