
GDY RODZI SIĘ DESZCZ….
z podniebień opada
czy wiatr rosę tam strąca
w chmur głębokich sadach?
światła na liściu rozbłysk
co zawisł w swej drodze:
perłą ciszy przeczystej
opalem przestworzy
nieba w nim się odbija
kopuła: wysoka…
nagle szelest – i spływa
jaśniejąc jak zorza
drążąc miękkość kwiatu
po łodyg spętlenie
wahając się, zadrży
nim uderzy w ziemię
a potem – już następna
następna znów i dalej
tysiącem i milionem
pereł kaskadami
werblem ptasich śpiewów
strumień środ korzeni
strużki srebrne złączone
w leśnym tańcu cieni
aż bieli potokiem
z szumem z urwisk zleci
mgiełkę na kamiennym progu
płomień zórz roznieci
i się w doliny rzuci
przez głazy i piargi
aż w jezioro upadnie
zasłuchane w skargi
ptasie i owadzie brzęczenia
przed świtem
o zaszkleniu porannym
lodu nienasyceń
o tych kwiatach co mróz im
płatki obciął cięciem
ostrza swoich ust ostrym
miłosnym zaklęciem
a tam dalej już powoli
przepływa przez tamę
idzie w dół spokojniejsza
dziewczyna nad ranem
obejmując istnienie
w konwalii dotyki
łąki trawą zielone
runem pieśni miłych
i urasta – i krzepnie – i w rzekę
narasta
coraz głębsza mroczniejsza
potężniejsza i straszna
a człowieczych rąk chaty
rosną u jej brzegów
już niepomne że kroplą
z nieba była kiedyś
i odpływa daleko
w nieznany krąg zdarzeń
co przyniosą poranki
zmierzchy i witraże
nieba chmur! nieba gwiazdy!
deszczu zaistnienia
ona jest tak jak miłość
wciąż płynie i zmienia
nas….
MP, 19.05.2025 r.